Czy sukces to wyłącznie kwestia talentu, ciężkiej pracy i silnej woli? Opowieść o człowieku sukcesu od pokoleń kształtuje nasze wyobrażenia o sprawiedliwości, zasługach i porażce. Genialny przedsiębiorca, „self-made man” który „wyszedł z garażu” i „sam się dorobił”, tytan biznesu, który „zaczynał od zera”, ta pozornie niewinna, a nawet inspirująca narracja jest jednym z narzędzi ideologicznych współczesnego kapitalizmu. Komu służy wiara w to, że można „dorobić się samemu” w oderwaniu od historycznych, klasowych i ekonomicznych uwarunkowań?
Mit człowieka, który „sam się dorobił”, narodził się w umyśle osoby, której bogactwo i pozycja społeczna były zbudowane na systemowym wyzysku i własności nad ludźmi! Określenia „self-made man” po raz pierwszy użył w 1842 roku Henry Clay, amerykański polityk i właściciel niewolników.
Mit self-made wzbudza złudne poczucie sprawczości, podsyca niepohamowane ambicje i jest fundamentem kultu nieustannego „zapierdolu”. Kapitalizm potrzebuje jednostek przekonanych, że sukces zależy wyłącznie od ich indywidualnego wysiłku, poświęcenia i woli. Legitymizuje to wyścig szczurów, prekaryzację pracy, kulturę nadgodzin i toksyczną produktywność. Obiecując wszystkim szansę na szczyt, usprawiedliwia wyzysk na każdym szczeblu społecznej drabiny. Ponadto mit ten służy do demonizowania biedy. Skoro sukces jest wyłącznie kwestią osobistej zasługi, to porażka musi być oznaką osobistej porażki: lenistwa, braku zaradności, słabego charakteru. Ta „biedofobia” staje się uzasadnieniem dla polityki cięć wydatków budżetowych, niszczenia usług publicznych i odwracania uwagi od systemowych przyczyn nierówności.
W Polsce 20% najbogatszych zgarnia 40% dochodów, a „dolna” część społeczeństwa haruje za ochłapy, często na umowach śmieciowych, albo dla platform internetowych. Politycy powtarzają „dawaj wędkę, a nie rybę”, ignorując, że nie każdy ma dostęp do jeziora. Dziecko z rodziny pracowniczej ma małe szanse z synem dewelopera.
Przynależność klasowa nie jest wyborem. Jest określona przez kapitał kulturowy i ekonomiczny, dostęp do sieci powiązań i zasobów. Udawanie, że startujemy wszyscy z tej samej linii, to największe kłamstwo kapitalizmu.
Niestety, również wśród deklaratywnie postępowych środowisk pełno jest landlordów, drobnych (i większych) pracodawców/zyskojadów, którzy może i woleliby, żeby świat był sprawiedliwszy, ale wzdrygają się na hasła „socjalizm”, „równość” czy „redystrybucja”. Gotowi są bronić istniejących nierówności, gdy tylko ich klasowe przywileje zostaną nazwane po imieniu.
Żeby to zmienić, musimy rzucić wyzwanie hierarchii, odrzucić truciznę mitu self-made mana, nazywać po imieniu wyzysk i nierówność klasową i budować politykę opartą na prawdziwej kolektywnej sprawczości, solidarności i walce o świat, w którym nikt nie będzie musiał „sam się dorabiać” na gruzach życia innych.
