Nie ma kapitalizmu bez imperializmu

Nie ma kapitalizmu bez imperializmu

Akcja Socjalistyczna dużo uwagi poświęca demistyfikacji liberalnego obrazu świata, który przedstawia globalną gospodarkę i politykę międzynarodową jako naturalny stan rzeczy. Podobnie jest z analizą rosyjskiego imperializmu, nawet tam, gdzie wychodzi ona poza prawdziwe, ale powierzchowne, potoczne jego rozumienie, że Rosja robi złe rzeczy przy użyciu wojska. Niestety również na naszej części sceny politycznej zbyt często spotykamy jednostronne, moralizatorskie, a przez to apolityczne ujęcia imperializmu. A przecież Rosja spełnia wszystkie klasyczne kryteria imperializmu, które Marks, Engels i Lenin, a w Polsce m. in. Kazimierz Wiśniewski opisywali jako nierozerwalnie związane z kapitalizmem. Rosyjska gospodarka opiera się w dużej części na eksporcie surowców kontrolowanych przez wąską grupę oligarchów, ściśle powiązanych z aparatem państwowym i monopolami. Ten sojusz wielkiego kapitału z biurokratyczno-militarną elitą napędza ekspansję zewnętrzną. Nie z powodu jakiejś szczególnej „rosyjskiej duszy” czy historycznej misji, lecz dlatego, że kontrola nad sąsiednimi państwami służy konkretnym interesom klasowym rosyjskich posiadaczy. Agresja na Ukrainę jest więc logiczną konsekwencją struktury rosyjskiego kapitalizmu.

Imperializm rosyjski przejawia się nie tylko w inwazjach wojskowych, ale również w długoletniej polityce uzależniania społeczeństw, przez kontrolę nad surowcami, finansowanie ruchów destabilizujących, utrzymywanie marionetkowych reżimów konfliktów na Białorusi, w Gruzji, Mołdawii czy wcześniej w samej Ukrainie. To imperializm, który nie potrzebuje formalnych kolonii bo często wystarcza mu nieformalna dominacja gospodarcza i polityczna. Właśnie dlatego antyimperialistyczna solidarność z ukraińską klasą pracującą nie jest sprzeczna z internacjonalizmem, lecz jest jego wyrazem. Sprzeciw wobec rosyjskiej agresji to nie poparcie dla NATO czy USA, lecz konsekwentna obrona prawa klasy pracującej do walki o własną przyszłość bez imperialistycznego buta na gardle.

Minął kolejny rok od pełnoskalowej napaści Rosji na Ukrainę. Klasa pracująca płaci życiem, biedą i ciężką pracą za pełne kieszenie mocarstw i ich elit. Okolicznościowe posty lewicowych organizacji i aktywistów pełne były wyrazów słusznego sprzeciwu wobec imperializmu. Doceniamy te gesty, ale trudno w nich nie zauważyć pewnej niekonsekwencji, której analizie poświęcony jest niniejszy tekst. Chcemy Was przekonać, że skoro nie ma kapitalizmu bez imperializmu, nie ma antyimperializmu bez antykapitalizmu.

Bieda jest często tłumaczona kulturowym zacofaniem albo nieudolnością instytucji tego, czy innego państwa. To wygodna opowieść, która ukrywa systemowe powiązanie bogactwa bogatych krajów z systematycznym wyciąganiem zasobów z krajów biednych. To, co nazywamy „zacofaniem”, nie jest etapem na drodze do dobrobytu, lecz produktem systemu, który wymaga taniej pracy i tanich surowców na peryferiach, żeby centra mogły się bogacić. Warto pamiętać, że jeszcze około roku 1500 nie istniały istotne różnice w poziomie życia między Europą a resztą świata. Obecna przepaść nie jest efektem naturalnego porządku rzeczy. Została wytworzona przez pięćset lat grabieży.

Imperializm nie jest zatem historycznym wypadkiem przy pracy ani ekscesem chciwych jednostek. Jest trwałym elementem kapitalizmu, bez którego system nie mógłby działać. Kapitalizm musi się stale rozszerzać, szukać nowych rynków, nowych źródeł taniej pracy, nowych zasobów do eksploatacji. Gdy zyski w centrach spadają, a pracownicy zaczynają się organizować, system ratuje się przez przerzucenie kosztów społecznych, ekologicznych i ludzkich na peryferia. Przemoc nie jest tu błędem systemu, lecz jego narzędziem. Mechanizmy te opisuje w swoich esejach o nekropolityce i brutalizmie kameruński filozof Achille Mbembe.

Ten mechanizm zmieniał formy, ale nie zmieniał istoty. Od bezpośredniego kolonializmu, przez wspierane przez Zachód zamachy stanu na rządy próbujące uniezależnić się gospodarczo, po współczesne programy Międzynarodowego Funduszu Walutowego wymuszające prywatyzację i cięcia socjalne chodzi zawsze o to samo: żeby kraje-ofiary imperializmu pozostały dostawcami tanich zasobów dla globalnego kapitału. Formalna niepodległość tych państw jest często fasadą, za którą kryje się głęboka zależność ekonomiczna. Gubernatorów w mundurach zastąpił „międzynarodowy ład oparty na regułach” i algorytmy finansowe, ale dramat i antagonizm pozostały te same.

Skala tego drenażu jest trudna do wyobrażenia. Szacuje się, że rocznie z krajów globalnego Południa wypływa do centrów wartość rzędu 10 bilionów dolarów w postaci surowców, energii i miliardów godzin ludzkiej pracy wycenionych poniżej ich rzeczywistej wartości. Gdyby te środki pozostały w krajach pochodzenia, wystarczyłyby na piętnastokrotne wyeliminowanie skrajnego ubóstwa na świecie. Ceny pracy i surowców na peryferiach są sztucznie zaniżane, więc peryferia muszą eksportować coraz więcej, żeby zapłacić za coraz mniej.

Kiedy w latach pięćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku kraje Południa zaczęły rozwijać własny przemysł i podnosić płace, spotkały się z brutalną reakcją, zamachami stanu, sankcjami, okrążeniem militarnym. Tak zwane „tygrysy azjatyckie” jak Korea Południowa czy Tajwan mogły się rozwijać tylko dlatego, że służyły jako militarne i gospodarcze bastiony przeciwko blokowi socjalistycznemu. Te wyjątki od reguły wymagają geopolitycznego uzasadnienia i zawsze daje się je znaleźć.

Właśnie dlatego nie możemy patrzeć na wojnę w Ukrainie w oderwaniu od całościowej krytyki systemu. Rosyjska agresja nie jest aktem szaleńca, historycznym przypadkiem, ani ekspresją „rosyjskiej duszy”. Jest imperializmem. Rosyjski kapitał, tak samo jak „zachodni”, potrzebuje ekspansji, stref wpływów i taniej siły roboczej pod kontrolą. Ukraińska klasa pracująca płaci za to życiem, domem, przyszłością.

Nasza solidarność z ukraińskimi pracownicami i pracownikami wynika wprost z tej analizy. Nie jest to poparcie dla NATO ani dla żadnego imperialistycznego bloku. Jest to konsekwentny antyimperializm. Antyimperializm, który nie wybiera między mocarstwami, lecz staje po stronie klasy pracującej niezależnie od tego, czyj but przygniata jej gardło. Dopóki nie zbudujemy ruchu zdolnego do zakwestionowania samych podstaw systemu, który wojny te rodzi, będziemy jedynie świadkami kolejnych rocznic kolejnych napaści, a nasze elity polityczne będą wykorzystywały wojny na potrzeby bieżącej politycznej nawalanki. Dlatego walka o pokój i walka o socjalizm są dla nas jedną i tą samą walką.

Walka o wyzwolenie klasy pracującej w Polsce i innych krajach centrum musi być połączona z solidarnością z ruchami wyzwoleńczymi na Południu. Oba te fronty uderzają w ten sam system. Misja progresywnej lewicy nie może się sprowadzać do walki o lepszy podział dóbr w obrębie metropolii. Nie rozwiążemy globalnych systemowych sprzeczności imitując Skandynawów! Musi być projektem demontażu globalnej hierarchii opartej na przemocy i wyzysku. Międzynarodowa solidarność i sprzeciw wobec imperializmu nie może być sentymentalnym hasłem, bo jest polityczną koniecznością. Program polityczny musi obejmować zarówno wyzwolenie klasy pracującej w kraju, jak i zerwanie z porządkiem, który bogactwo jednych buduje na zubożeniu drugich. Tylko zjednoczone, niezależne klasowo ruchy pracownicze są w stanie postawić tamę temu barbarzyństwu.