Debata na temat systemowego rozpoznania i uznania pracy seksualnej w Polsce wciąż marginalizuje głos samych osób wykonujących tę pracę oraz ignoruje wnioski płynące z badań społecznych. Już ćwierć wieku temu prof. Marian Filar, kierownik Katedry Prawa Karnego i Polityki Kryminalnej UMK w Toruniu, zwracał uwagę, że komisja kodyfikacyjna od lat lekceważy głos ekspertów. Stwierdził wówczas: „Sprawa jest dość prosta – należy zlikwidować nieżyciowy artykuł kodeksu karnego, który penalizuje sutenerstwo”.
13 maja 2025 roku kandydatka Nowej Lewicy w wyborach prezydenckich, Magdalena Biejat, w rozmowie radiowej z Tomaszem Terlikowskim (kiedy ten katolicki konserwatysta awansował do roli „centrowego publicysty”, nie zmieniając przy tym swoich poglądów?) opowiedziała się za „legalizacją” pracy seksualnej. Niestety, jednocześnie wyraziła poparcie dla „modelu francuskiego” (przez który do 2016 roku rozumiano model abolicyjny, kryminalizujacy trzecie strony – od 2016 roku obowiązuje w tym kraju model nordycki) i zasugerowała, że warto rozważyć w Polsce także model nordycki. Tego typu głęboko wsteczne, ignorujące nauki społeczne i postulaty środowisk walczących o prawa osób wykonujących pracę seksualną stanowisko pozostaje, niestety, stałym elementem lewicowego dyskursu.
Model abolicyjny czy – dawniej – „francuski”, czyli model częściowej kryminalizacji, penalizuje tzw. sutenerstwo i inne formy uczestnictwa w organizacji pracy, pozostawiając – teoretycznie – same osoby świadczące usługi seksualne poza zakresem odpowiedzialności karnej. Z kolei model neoabolicyjny, zwany też modelem szwedzkim czy nordyckim (przy czym nie obowiązuje on w Finlandii i Danii), kryminalizuje klientów. Choć oba rozwiązania przedstawiane są często jako kompromisowe czy wręcz „postępowe”, w rzeczywistości, z perspektywy polityki pracowniczej, nie tylko nie rozwiązują kluczowych problemów branży, ale wręcz je zaostrzają. Łączy je wspólny mianownik: wzmacnianie roli państwa i aparatu przymusu w obszarze, gdzie niezbędne są przede wszystkim realne prawa pracownicze, zabezpieczenia socjalne i dedykowane programy ochrony zdrowia. Z perspektywy samych pracownic modele te obniżają także ich pozycję negocjacyjną w relacjach z kryminalizowanymi stronami, zmuszając do zawierania układów pracowniczych w libertariańskich warunkach pełnego wyłączenia spod regulującego respektowanie umów prawa. Dodatkowo oba modele utrwalają stygmatyzujący i moralizatorski dyskurs, który upupia osoby wykonujące pracę seksualną – i tak już zmagające się ze społeczną stygmatyzacją.
Penalizacja trzecich stron, czyli osób organizujących pracę lub wykonujących odpłatnie część związanych z nią zadań (telefonistki, kierowcy, pracownicy ochrony), odbiera osobom pracującym seksualnie możliwość legalnego zatrudnienia, z umową o pracę, ubezpieczeniem społecznym czy prawem do urlopu i emerytury. W efekcie są one zmuszone do funkcjonowania w szarej strefie, skazane na niepewność ekonomiczną i całkowitą zależność od łaski właścicieli lokali czy platform internetowych. W sytuacji, gdy doświadczenie pracy seksualnej łączy się z doświadczeniem migracji, a więc troską o legalizację pobytu i lękiem przed deportacją, zależność ta jeszcze się pogłębia. Funkcjonowanie pracy seksualnej poza obszarem objętym prawem pracy to także faktyczne zwolnienie pracodawców z respektowania przepisów BHP, odpowiedzialności za dobrostan psychofizyczny pracowników, czy zapewniania im na swój koszt materiałów umoźliwiających bezpieczniejsze jej wykonywanie, takich jak środki ochrony przed infekcjami czy profilaktyka przed- i poekspozycyjna. Kryminalizacja formalnych stosunków pracowniczych w branży usług seksualnych nie prowadzi do ich zaniku, lecz do systemowego porzucenia decydujących się na nie osób.
Nie mamy nic dobrego do powiedzenia ani o zyskojadach (popularnie nazywanych przedsiębiorcami), ani o wielu klientach. Jednak ani abolicyjny model zakazujący formalnych stosunków organizacji pracy, ani nordycka kryminalizacja popytu nie służą rzeczywistej ochronie praw pracowniczych. Wręcz przeciwnie – oba rozwiązania systemowo pogłębiają prekaryzację całego sektora.
Jak wynika z analizy „Na celowniku wszystkich stron. Wpływ policji na dostęp osób pracujących seksualnie do wymiaru sprawiedliwości” (European Sex Workers’ Rights Alliance, ESWA) z października 2024 roku, penalizacja zachowań związanych z pracą seksualną nieuchronnie prowadzi do policyjnych nalotów, kontroli dokumentów i nakładania prewencyjnych grzywien. Na podstawie obszernego materiału badawczego oraz licznych wywiadów z osobami dotkniętymi skutkami modeli kryminalizacyjnego, wąskolegalizacyjnego (w przeciwieństwie do pełnej dekryminalizacji) lub nordyckiego, przeprowadzanych także w Polsce, autorki dowodzą, że system prawny staje się w nich narzędziem kontroli społecznej. Służy dyscyplinowaniu, nadzorowaniu i monitorowaniu grup społecznych, praktyk oraz tożsamości. Pracownice seksualne pozbawiane są w tym procesie ich podmiotowości, niezależnie, czy dzieje się to poprzez umiejscowienie ich w roli przestępczyni, czy ofiary.
Przedstawianie problemów społecznych w kategoriach zagrożeń, a nie wyzwań wymagających kompleksowych rozwiązań politycznych, skutkuje pogłębianiem marginalizacji, zaostrzaniem nierówności oraz ograniczaniem dostępu do opieki zdrowotnej, wymiaru sprawiedliwości i innych podstawowych usług.
Lewica, która tak chętnie oburza się na policyjną brutalność i słusznie domaga się ograniczenia uprawnień mundurowych – w kwestii pracy seksualnej nagle odkrywa w sobie duszę prawicowego moralisty. Jej paternalistyczne, głęboko patriarchalne podejście („my wiemy lepiej, co dla was dobre”) prowadzi do kuriozalnej sytuacji: w imię „ochrony” osób pracujących seksualnie z lubością ceduje się odpowiedzialność na policję. Bo przecież, skoro bycie klientem to przestępstwo, ktoś musi ścigać klientów, przeszukiwać mieszkania pod pretekstem „walki z sutenerstwem” (czytaj: inwigilować) oraz wystawiać grzywny. Jakże wygodne to rozwiązanie dla lewicowych purytan: można udawać troskę, nie proponując żadnych realnych rozwiązań, jednocześnie zapewniając sobie poklask konserwatywnej części komentariatu.
Problemem nigdy nie była sama praca seksualna! Prawdziwym zagrożeniem jest system, który pod pozorem „ochrony” czy „walki z handlem ludźmi” zmusza osoby wykonujące tę pracę do nieustannych kontaktów z policją – instytucją, która w tej relacji odgrywa rolę oprawcy, a nie obrońcy.
Funkcjonariusze, oczywiście, zamiast realnie chronić przed przemocą, sami stają się jej głównym źródłem:
– konfiskują zarobki pod byle pretekstem („zabezpieczenie dowodów”),
– szantażują migrantki groźbą deportacji („pomożemy, jeśli zostaniesz informatorką”),
– stosują przemoc fizyczną („kontrola osobista” w policyjnym radiowozie),
– uprawiają wymuszenia seksualne („albo współpracujesz, albo zgłosimy twoją działalność do opieki społecznej”).
Najbardziej perwersyjne w tym całym układzie jest to, że im bardziej państwo utrudnia legalne wykonywanie tej pracy, tym większą władzę oddaje w ręce policji. Strach przed odwetem skutecznie zniechęca do zgłaszania przestępstw – w końcu kto uwierzy „zwykłej prostytutce”? W ten sposób system sam generuje atmosferę bezkarności dla prawdziwych przestępców: handlarzy ludźmi i klientów stosujących przemoc. I koło się zamyka.
Kryminalizacja pracy seksualnej utrwala stygmatyzację i aktywnie cementuje społeczny ostracyzm. Abolicyjny model „walki z sutenerstwem” reprodukuje szkodliwy stereotyp sex workerki jako bezrefleksyjnej „ofiary mafii” – pozbawionej podmiotowości, której zeznań nie można traktować poważnie. Z kolei model nordycki, kreując klienta na „przestępcę z urzędu”, wzmacnia patriarchalne sytuowanie osób kupujących usługi seksualne w pozycji dominującej w relacji z pracownicami.
W obu przypadkach osoby świadczące usługi seksualne są sprowadzane do roli biernych przedmiotów prawa karnego – pozbawionych głosu w dyskusji o regulacjach, które bezpośrednio ich dotyczą. Pora skończyć z moralizatorstwem i uznać osoby pracujące seksualnie za pełnoprawne podmioty życia społecznego! Już dziś są przecież często świetnie zorganizowane i bardzo świadome swoich potrzeb.
Najbardziej uderza jednak selektywność tego wykluczenia: podczas gdy białe, cisgenderowe kobiety mogą liczyć na pewną (choć paternalistyczną) ochronę, to już migrantki, osoby trans i osoby używające substancji psychoaktywnych zostają zupełnie pozbawione jakiejkolwiek ochrony prawnej. Stają się idealnymi ofiarami systemu: bez dokumentów, bez sieci wsparcia, bez możliwości zgłoszenia przemocy na policję – bo przecież „same się o to prosiły” (pamiętacie wypowiedź Leppera?). W ten sposób kryminalizacja eskaluje: im bardziej stygmatyzuje się pracę seksualną, tym bardziej naraża się osoby pracujące na realne niebezpieczeństwo.
Obowiązujące regulacje prawne, oparte na logice policyjno-karnej, skutecznie utrudniają – a niekiedy wręcz uniemożliwiają – budowanie sieci wzajemnego wsparcia oraz tworzenie związków zawodowych osób wykonujących pracę seksualną. Strach przed konsekwencjami prawnymi działa jak hamulec dla wszelkich publicznych inicjatyw mających na celu negocjowanie lepszych warunków pracy czy organizowanie działań zbiorowych.
Tymczasem doświadczenia krajów, które wprowadziły pełną dekryminalizację (jak Nowa Zelandia, czy od 2024 roku – Belgia), wyraźnie pokazują, że gdy tylko znika miecz Damoklesa w postaci karalności, osoby pracujące seksualne:
– samodzielnie wypracowują skuteczne standardy bezpieczeństwa,
– zorganizowanymi działaniami ograniczają wyzysk ze strony pośredników,
– tworzą systemy zapewniające dostęp do opieki zdrowotnej i pomocy prawnej.
Polityka wobec pracy seksualnej nie może być moralną krucjatą – powinna stać się częścią spójnej polityki społecznej. Zamiast zakazów i policyjnych nalotów potrzeba realnego wsparcia: ubezpieczeń społecznych, dostępu do specjalistycznej opieki zdrowotnej etc. Bo czy ktokolwiek jeszcze wierzy, że można „wyeliminować prostytucję” zakazami, skoro nie udało się tego osiągnąć przez ostatnie kilka tysięcy lat?
Jedyną rozsądną drogą jest pełna dekryminalizacja dobrowolnej pracy seksualnej z prawem do pisemnych umów, zakładania związków zawodowych i pełni zabezpieczeń socjalnych. To nie rewolucja, a zwykła przyzwoitość: fryzjerzy, masażyści i seksworkerzy zasługują na takie same prawa pracownicze! Zamiast narażać osoby świadczące usługi seksualne na przemoc i wyzysk, państwo powinno inwestować w edukację, mieszkalnictwo i kompleksowe wsparcie dla osób w kryzysie.
Ani model abolicyjny, ani nordycki nie sięgają sedna problemu – czyli systemowej prekaryzacji i marginalizacji osób pracujących seksualnie. Obie koncepcje opierają się na dobrze znanej mieszance: moralnej paniki, policyjnej pałki i politycznej hipokryzji. Zamiast wzmacniać prawa pracownicze i oferować realne wsparcie socjalne, fundują represje w nowym opakowaniu i nazywają to „postępem”.
Jeśli naprawdę zależy nam na poprawie sytuacji osób świadczących usługi seksualne, porzućmy iluzję, że więcej zakazów oznacza więcej bezpieczeństwa. Zamiast karać klientów i ścigać pośredników, czas uznać pracę seksualną za to, czym jest – formę pracy. A osoby ją wykonujące – za pracowników z pełnym pakietem praw, ochrony i dostępu do instytucji, z których inni korzystają bez wstydu i strachu. Inaczej dekryminalizacja pozostanie jedynie sloganem – głośnym, ale pustym.
