Katastrofa klimatyczna i ekonomiczna pułapka kapitalizmu.

Ty widzisz planetę, oni tylko zyski

 „Daleko od bycia samostabilizującym się, klimat Ziemi jest drażliwą bestią nadzwyczajnie silnie reagującą na niewielkie zmiany”. Takie słowa padły w 1995 roku ze strony amerykańskiego geochemika Wallace’a  Broeckera, odpowiedzialnego dwie dekady wcześniej za wprowadzenie do użytku określenia „globalne ocieplenie”.  Z roku na rok miliardy ludzi na całym świecie mierzą się z coraz bardziej ekstremalnymi i namacalnymi dowodami na to, że ta charakterystyka klimatu naszej planety jest niezwykle trafna.

Globalna średnia temperatur zwiększyła się o 1,4 stopnia Celsjusza od czasów sprzed rewolucji przemysłowej. Ta pozornie niewielka zmiana niesie za sobą szereg katastrofalnych konsekwencji. W latach 2016-2024 zanotowano cztery razy więcej nowych rekordów temperatur, niż gdyby zmiany klimatyczne nie występowały. Niespodziewane ulewy występują 40% częściej, natomiast rekordowe susze – 10% częściej. Obecnie nikt na Ziemi nie doświadcza uśrednionych temperatur czy opadów, ekstremalne zjawiska pogodowe stają się codziennością.

W wyniku zmian temperatur rocznie topnieją setki gigaton lodowców. Od 2002 roku sama Grenlandia traci rocznie 264 gigatony lodu. Szczególne zagrożenie stanowi zanik lodowca Thwaites w rejonie Antarktydy. Jest on znany również jako „Lodowiec Zagłady” z uwagi na ogromne zmiany w poziomie wód wynikające z jego topnienia. Obecnie jest on odpowiedzialny za 4% zmian poziomu mórz i oceanów, a przy dalszej emisji gazów cieplarnianych, może go zwiększyć o dodatkowe parę centymetrów przed 2100 rokiem. Lodowiec ten również fizycznie zapobiega topnieniu innych elementów kontynentu.

Problem tutaj się nie kończy. Coraz większa ilość ciepła nie ulega emisji poza układ naszej planety, lecz pozostaje w nim uwięziona. Częściową przyczyną tego zjawiska jest coraz szybsze topnienie lodowców, jako iż ich biel odbija światło w znacznie większym stopniu niż ciemna woda mórz i oceanów, która ma tendencję do absorpcji energii cieplnej. Nisko wiszące chmury pełniące pod tym kątem podobną funkcję co lodowce, z uwagi na zmiany temperatur mogą w niedalekiej przyszłości zniknąć, co pogorszy efekty tego zjawiska w znacznie większym stopniu niż samo topnienie lodowców.

To nie wszystko – z powodu masowego topnienia lodowców zagrożony jest także atlantycki system prądów oceanicznych znany jako Atlantic Meridional Overturn Circulation (AMOC). Stefan Rahmstorf z Poczdamskiego Instytutu Badań nad Klimatem stwierdził, iż szansa na dramatyczne osłabienie AMOC w ciągu tego stulecia wzrosła z 5% do 50%. W prawidłowych warunkach woda płynąca z Antarktydy stopniowo ogrzewa się, prowadząc do wypływu potrzebnych ekosystemom substancji odżywczych z głębiej położonych obszarów. Ciepły prąd następnie przemieszcza się z Zatoki Meksykańskiej dalej ku północy, ocieplając po drodze kontynent europejski. Następnie woda jest ochładzana w rejonie arktycznym. Dzięki chłodnemu prądowi morskiemu przemieszczającemu się na południe, większa część wody opada na dno, tym samym przeciwdziałając podnoszeniu się wód między innymi przy wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych.  Zaburzenie funkcjonowania atlantyckiego systemu prądów morskich skutkowałoby szeregiem poważnych komplikacji m.in. w klimacie krajów europejskich, jak i znacznie zwiększonym ryzykiem powodzi w miastach położonych na zachód od Atlantytku, m.in. w Nowym Jorku.

Kolejnym druzgocącym efektem zmian klimatycznych jest ich współfunkcjonowanie z takimi zjawiskami jak El Niño . To zjawisko meteorologiczne, polegające na utrzymywaniu się bardzo wysokich temperatur nad Pacyfikiem, w połączeniu ze zmianami temperatur spowodowanymi emisją gazów cieplarnianych może potencjalnie prowadzić do zwiększenia temperatur o nawet 2 stopnie Celsjusza. Ta pozornie niewielka zmiana znacznie zwiększa prawdopodobieństwo i dotkliwość  powodzi, utraty upraw rolnych, pożarów lasów oraz zaburzeń łańcuchów pokarmowych i ekosystemów (szczególnie tych morskich). Ich konsekwencją są poważne straty gospodarcze wynoszące wiele miliardów dolarów, jak i zwiększona niestabilność społeczno-ekonomiczna. Pośrednie koszty współdziałania tych zjawisk prowadzą do strat w wysokości nawet bilionów dolarów.

Zmiany klimatyczne to nie jest problem, który możemy zbagatelizować. Już dzisiaj coraz większe tereny lądu są niezdatne do życia, przede wszystkim w Afryce i innych regionach Globalnego Południa, a efekty zmian temperatur już teraz masowo zbierają swe żniwa wśród ofiar ludzkich, nawet w Europie. Zarówno susze i pożary, jak i gwałtowne ulewy oraz powodzie prowadzą do absurdalnie wysokich strat w globalnych uprawach rolnych. Potencjalnie zagrożone zatopieniem są ogromne ośrodki miejskie takie jak Nowy Jork, Londyn czy Szanghaj. Należy to powiedzieć jasno i wyraźnie – kryzys klimatyczny może stanowić potencjalny koniec gatunku ludzkiego. Konieczne jest zmniejszenie przemysłowej emisji dwutlenku węgla do zera, zanim jego poziom w atmosferze się ustabilizuje.  W tym celu należałoby przede wszystkim całkowicie odejść od paliw kopalnych na rzecz odnawialnych źródeł energii oraz energii jądrowej. Zarówno OZE, jak i energia jądrowa są znacznie mniej kosztowne, a w połączeniu mogłyby z łatwością zastąpić energetykę zasilaną paliwami kopalnymi. Dlaczego zatem wciąż znajdujemy się w tak dramatycznym położeniu, pomimo tego, iż wiemy o zmianach klimatycznych od wielu dekad?

Dlaczego problem zmian klimatycznych nie zostanie rozwiązany w kapitalizmie?

W systemie, w którym prawie cała infrastruktura ekonomiczna znajduje się w rękach niewielkiego procenta globalnego społeczeństwa, trudno mówić o demokracji. Długotrwały interes ludzkości jest fundamentalnie sprzeczny z krótkoterminowym interesem kapitalistów. Problemem nie jest tylko lobbing upawiany przez firmy zaangażowane w przemysł paliw kopalnych, choć jest to oczywiście istotna kwestia. Sam fakt posiadania ogromnej wartości infrastruktury ekonomicznej i instrumentów finansowych przez  tak małą grupę nastawioną przede wszystkim na maksymalizację zysków, stawia globalną gospodarkę w roli ich zakładnika. Taki stan rzeczy uniemożliwia wystarczającą transformację energetyczną, która byłaby sprzeczna z interesem posiadaczy instrumentów ekonomicznych, od których jesteśmy jako społeczeństwo uzależnieni. W skrócie – kapitalizm posiada weto na demokrację. Bez demokratyzacji gospodarki i udziału zwykłych pracowników w zarządzaniu owocami swojej pracy, trudno jest sobie wyobrazić w jaki sposób społeczeństwo miałoby wprowadzić długoterminowe rozwiązania dla kryzysu klimatycznego, jak i innych nękających je kryzysów.

Nie jest to jednak jedyny problem.  Aby powstrzymać zmiany klimatyczne oraz ekonomiczne potrzebujemy również radykalnych zmian w systemie produkcji i dystrybucji.  Model rynkowy, którego podstawą jest kapitalistyczna konkurencja i powiązana z nią maksymalizacja zysków, stymuluje zachowania sprzeczne z minimalizacją naszego wpływu na klimat i środowisko, takie jak zjawisko tzw. planowane postarzanie produktów  (ang. „planned obsolescence”) polegające na projektowaniu towarów w taki sposób, by psuły się wystarczająco szybko, aby konsument mógł ponownie owy towar zakupić. Tworzy to ogromne ilości odpadów oraz jest niezwykle kosztowne energetycznie. 

Również ogromne marnotrawstwo chociażby w sferze produkcji żywności, gdzie w samych Stanach Zjednoczonych (wg organizacji ReFED) co roku dziesiątki milionów ton jedzenia nie zostaje sprzedane ani spożyte, stanowi empiryczny przykład nieudolności gospodarki kapitalistycznej w  racjonalnej dystrybucji naszych zasobów naturalnych, koniecznej dla długotrwałego rozwiązania problemu zmian klimatycznych i ekologicznych, a co za tym idzie – przetrwania naszego gatunku. 

Z wyżej wymienionych powodów, jasne staje się dlaczego dla naszej wspólnej przyszłości potrzebna jest demokratyczna, zrównoważona alternatywa ekonomiczna. Rozwiązania wewnątrzsystemowe są konieczne, lecz niewystarczające. Ludzkość nie ma przyszłości w kapitalizmie, za to może (i powinna) starać się wyjść poza jego logikę.